Winicjatywa zawiera treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich.

Treści na Winicjatywie mają charakter informacji o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz.U. 2012 poz. 1356).

Winicjatywa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.

Zapisz się do naszego newslettera!

Dowiedz się przed innymi o najlepszych winach, promocjach i degustacjach.

Opuść stronę

Polub nas na Facebooku! Bieżące informacje, ciekawostki i konkursy.

Bollinger na nie

Komentarze

Lubię szampana i jestem skłonny do ustępstw, także cenowych. Z konieczności jestem gotów zapłacić zań więcej niż za inne wina. Ale są granice mojej wytrzymałości i szampany Bollinger tę granicę przekraczają.

Dlatego jestem wdzięczny importerowi Centrum Wina za zaproszenie na degustację tych win. Spróbowałem, odczułem, zanalizowałem, zanotowałem i mam to z głowy, bo po portfel na pewno nie sięgnę.

Champagne Bollinger
Since 1829.

Brut Special Cuvée, podstawowe wino producenta, produkowane jest niby z iście jubilerską atencją, to znaczy używa się winogron z najlepszych winnic, win bazowych częściowo fermentowanych w beczce, aż 50% kompozycji to starsze wina z rezerwy (w normalnym szampanie to zwykle nie więcej niż 10–15%), itd., itp., no ale jednak trzaskają tego 2 miliony butelek i można to kupić na każdym lotnisku. Nie było nigdy moim ulubionym szampanem, kiedyś wydawało mi się bardzo ostre i kwaśne, ostatnio smakuje coraz bardziej bogato – nawet za bardzo, bo wczorajszego popołudnia nuty szarlotki wpadały w utlenienie. To dobre wino jest, ale 299 zł?! Za mniej niż połowę ceny polecam doskonałego szampana Le Mesnil Blanc de Blancs, a za pół ceny Le Mesnil wolę pić Franciacortę Il Mosnel i jestem pewien, że 90% pijących wino nie rozpozna różnicy.

Od niedawna mam też wersję różową Bollinger Rosé, bardzo przyjemnie perfumowaną truskawkami i malinami oraz kwiatami (lilie), w smaku jest to zaś wino bogate i zmysłowe, trochę półwytrawne, ale mniej szarlotkowe niż Special Cuvée; jest bardzo przyjemne, ale wydało mi się dość zwyczajne i anonimowe, a kosztuje 389 zł.

Bollinger Champagne Vieilles Vignes Françaises 2002
No śliczne.

Rocznikowe wino Bollingera zwie się Grande Année. Wśród wielu innych win tej klasy wyróżnia się 100% fermentacją w beczkach oraz innymi bajerami takimi jak starzenie pod naturalnym korkiem (a nie zwykłym kapslem). Próbowaliśmy okrzyczanego rocznika 2002 i jest to naprawdę świetne wino, mocno mineralne, głębokie, z ładnie skomplikowanym bukietem (oprócz brzoskwiń również ściółka, migdały), świetna moc w kieliszku, no ale cena detaliczna 569 zł wydaje mi się mocno oderwana od rzeczywistości. Grande Année Rosé 2002 też jest trochę bardziej aromatyczne od prostego różu, ale i tak dość wstrzemięźliwe, delikatne; w smaku trochę łagodniejsze i bardziej „kremowe” od białego Grande Année; 860 zł, no comments.

Na koniec spotkała nas gratka, dostaliśmy trzy łyki Vieilles Vignes Françaises 2002, jednego z najrzadszych szampanów, powstającego z malutkiej winniczki Pinot Noir sadzonej na własnych korzeniach (praktycznie wszystkie winnice w Europie sadzi się na korzeniach winorośli amerykańskiej). To bardzo potężny szampan, nieprzyjazny i zamknięty, który wręcz trzeba – poświęcając trochę bąbelków – przelewać do karafki. Raczej ciekawy niż niezapomniany, choć z pewnością jest to butelka dużej klasy. W cenie ponad 2400 zł jest to jednak wyłącznie przyjemność teoretyczna.

Stare krzewy Pinot Noir, fermentacja w beczce no i oczywiście dobry marketing.

Dla zainteresowanych tą stroną rzeczywistości Bollinger oferuje jeszcze parę innych bajerów, na czele oczywiście z Jamesem Bondem, który w swoich czasach niekomercyjnych preferował co prawda Taittingera, ale potem przerzucił się na Bollingera i w każdym odcinku będzie świadkami dwóch albo trzech starannie wyreżyserowanych „lokowań produktu”. Na wczorajszej prezentacji obejrzeliśmy („absolutnie nie wolno ujawniać, nawet na Twitterze”) otwierany szyfrem futerał na flaszkę w kształcie tłumika do walthera, który pojawi się na półkach jesienią wraz z nowym filmem Skyfall. Pomijając marketing, wina Bollinger są całkiem pyszne, ale przecież konsument nie może całkiem abstrahować od cen, a tutaj porażka na całej linii.

Degustowałem na zaproszenie importera Centrum Wina.

Komentarze

  • Piotr Kolodziejczak

    ach ten Le Mesnil… Wojtku, absolutnie się z Tobą zgadzam, rewelacyjny stosunek ceny do jakości (oczywiście w kategorii Szampan)

  • Pingback: Bollinger na tak « Wojciech Bońkowski()

  • marek

    Bollinger to tez mój ulubiony szampan, mam na myśli kategorie NV ale zupełnie się z Panem zgadzam co do cen w Polsce, są absurdalne. Na zachodzie Bollinger jest 10 euro droższy od Moet czy innych popularnych, można kupić za 35-40 euro i to w każdym kraju Europy Zachodniej, tak więc nie ma absolutnie żadnych przesłanek aby u nas kosztował 3 stówy. No chyba że ktoś ma 30% rabatu w Centrum Wina. Ja jako „zwykły” klient mam chyba u nich 10%, może ich standardowa cena to jest „łapanie jelenia” ??
    Piłem w 2003 roku RD 1990, kupiony nota bene w Warszawie za 460 zł (!!) ale mnie rozczarował (zbyt kwaśny i ostry), może miałem zbyt wielkie oczekiwania? ;-))
    A co do tego co Pan woli za połowę ceny to można tak też z winami czerwonymi i dojdzie się do poziomu powiedzmy 40 zł. Tak więc nie ma sensu porównywać co się woli za połowe ceny. Franciacorta rzeczywiście jest bardzo dobra ale jeszcze nie piłem takiej, która chociaż przypominałaby styl Bollingera więc jak ktoś lubi tego szampana to nie ma wyboru.

  • Wojciech, cieszę się, że tak dobrze oceniasz Franciacortę Brut od Il Mosnel, która w Enotece kosztuje tylko 69 zł czyli 23% ceny szampana Bollinger:).

    Zgadzam się z Tobą, że „90% pijących wino nie rozpozna różnicy”. Szczerze mówiąc ja sam bym nie rozpoznał pijąc oba wina w ciemno. 

    Pytanie ile powinniśmy płacić dodatkowo za brand name (etykietę) plus za subtelną, niedostrzegalną dla większości winopijców, różnicę w jakości wina? 

  • Produkty intensywnie reklamowane w mediach w oczywisty sposób muszą mieć dużą wyższą cenę, która musi pokryć koszty tej reklamy. Kiedyś czytałem, że 3/4 ceny proszku do pranie idzie na pokrycie kosztów agresywnej reklamy (głównie telewizyjnej). Gdyby nie było tej reklamy cena proszku mogłaby być 4 razy (sic!) niższa. Zakładając oczywiście, że producent zadowoli się takim samym zyskiem.

    Dlatego płacąc za Bollingera musimy niestety „przy okazji” opłacić koszty kampanii reklamowej w filmach z Jamesem Bondem…

  • pawelB

    wg Bollingera oni nie płacą grosza za Bondowski product placement, trudno w to uwierzyć, ale osoba prowadząca degustację była mocno przekonana o swojej racji. Jak również przekonana, że szampan Bollinger dojrzewa jeszcze w butli PO degorgement, co jest chyba dyskusyjne. W trakcie opisu przedfilokserycznego VV Francais, podkreślał że krzewy mają nawet po 50 lat (?), fakt, że przyznał, że mszyca zżarła im jedną parcelę bez podkładek. Zamieszał trochę.
    Zgadzam się co do jakości, bardzo dobra, ceny stratosferyczne.

  • Co dziwnego w tym że dojrzewa po degorgement? Każdy szampan tak dojrzewa i moim zdaniem zdecydowanie się polepsza przez 2-3 lata. Tom Stevenson opisywał kiedyś na Wine Pages porównanie w ciemno tych samych cuvees starzonych kilka lat po degorgement oraz recemment degorge w tym samym wieku. W każdym wypadku wygrywało to pierwsze wino.

    Aha i ja też nie wierzę w tego Bonda za darmo :)

  • Amsti

    No więc moje 3 grosze.
     
    Rozumiem, że są tu też handlowcy, tak? To powinni rozumieć, że w prawie każdej branży dotyczącej dóbr konsumpcyjnych jest coś co służy jako kategoria premium, szeroko rozumiana. Ot takie zamiłowanie rodzaju ludzkiego do „luksusu”, cokolwiek by to słowo nie znaczyło. Niezależnie, czy mówimy o piwie,  winie, kosmetykach, ciuchach, samochodach, stołkach itd. Szampan jest sam w sobie dobrem postrzeganym jako luksusowe. A Bollinger jest postrzegany jako bardziej luksusowy niż większość innych. I to ma odzwierciedlenie w cenie. Plus oczywiście odpowiednia reklama produktu (ale w tej konkurencji walka jest tak samo zażarta jak w innych dyscyplinach — w Bondach przecież Dom Perignon też był „lokowany”, zwykły brut M&C też się chyba pojawił raz, czy dwa razy). Tak, płaci się za markę. Ale nie przypadkiem jest, że „marka” też ma swoją wartość.  Wtedy ma się w miarę sporą pewność co się otrzymuje za swoje pieniądze. Można oczywiście ją zdewaluować i mieć np. Barolo za 30 zł, co nie? Tylko co wtedy? Klops.
     
    Duże firmy mają z reguły ranking swoich marek, co też niekoniecznie odpowiada różnicy w jakości. Np. Mercier jest marką niżej lokowaną niż M&C, choć nie wiem, czy ich podstawowe produkty aż tak się różnią. Ale ich „target” jest nieco inny.
     
    Zresztą proponuję zrobić test na własnych żonach (partnerkach, dziewczynach itd.) i kupić im na imieniny zamiast perfum od Chanel czy Estee Lauder  coś zupełnie nieznanego za 23 % ceny tych markowych. Zapewne 90% z nich nie wyczuje różnicy w zapachu, za to może zastanawiać się nad różnicą w uczuciach, jakim darzyliście je wcześniej :)  10 % może jeszcze wyczuć różnicę i jeśli nie jest to różnica na pluus, to potem gorsza może być tylko jakaś plaga egipska :) Tak działa magia „luksusu”. Zresztą nawet czytając Wojtku na Twoim blogu dalszą część tekstu o Bollingerze, widać że działa ona nawet w jakiś stopniu na Ciebie. Oczywiście, w tym przypadku „luksusem” nie jest cena, tylko dostępność. Miałeś możliwość degustowania czegoś, co nie jest dostępne zwykłym śmiertelnikom nawet tym z baardzo grubo wypchanymi portfelami. 
     
    Franciacorta Brut od Il Mosnel jest zapewne świetna. Wierzę, choć nie piłem. Nie piłem również Brut Special Cuvée Bollingera. Natomiast wiem na pewno, że gdyby zrobić ankietę nawet nie wśród naszych Rodakuuff, a wśród innych, losowo wybranych  Europejczykuuff, to większość z nich nie słyszałoby nigdy o tej Franciacorcie czy Le Mesnil, a znałoby Bollingera. Nawet z filmów o Bondzie. 
     
    A jeszcze jedno. Te same produkty mają często różne ceny w różnych sklepach. Ten podstawowy Bollinger kosztuje w alewino* 219 zł. Też dużo, ale jak widać sporo taniej niż gdzie indziej. Klient też powinien być świadomy.
     
    * Disclaimer. Nie mam nic wspólnego z tą firmą. Nic też od nich nie qpowałem  

  • @d3a50fab90572b72044a6cb3711a76bb:disqus : Wszystko prawda, ale są 2 ale.
    1. Świadomy konsument (takich wśród Czytelników Winicjatywy nie brakuje) mimo wszystko ma prawo się zastanawiać, czy ten cenowy „premium” jest za wysoki, czy może akceptowalny. To znaczy czy za tę regularną jakość i poczucie luksusu jest gotów płacić x złotych. Moim zdaniem przy Bollingerze – raczej nie, może z wyjątkiem Grande Annee.
    2. Świadomy konsument ma też prawo według swojego gustu oceniać, czy określone działania marketingowe mieszczą się w akceptowanej poetyce danej marki, czy nie. Moim zdaniem robienie specjalnych edycji Bondowskich z futerałem w kształcie pukawki nie przystoi marce szampana, która pozuje na luksusową, gdzie wina z rezerwy starzy się tylko w magnum zamknięte naturalnym korkiem, gdzie się utrzymuje ostatniego bednarza w Szampanii itd. Albo się robi jakościowy superpremium, albo się robi bajery dla szerszego elektoratu. 

    Aha, a Vieilles Vignes Francaises mnie zaciekawił i napisałem o nim osobny tekst nie dlatego, że jest rzadki, tylko dlatego, że smakuje inaczej niż inne. Czyli jednak smak, a nie marketing. (Swoją drogą to wino w ogóle nie jest marketingowane).

  • Pingback: Fotoreportaż z pewnej winnicy | Blog Andrzeja Daszkiewicza()