Winicjatywa zawiera treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich.

Treści na Winicjatywie mają charakter informacji o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz.U. 2012 poz. 1356).

Winicjatywa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.

Zapisz się do naszego newslettera!

Dowiedz się przed innymi o najlepszych winach, promocjach i degustacjach.

Opuść stronę

Polub nas na Facebooku! Bieżące informacje, ciekawostki i konkursy.

Kangury donoszą cz. 6

Komentarze

piątek 11 listopada

Myślałam, że nic już mnie nie zaskoczy, a tu… Mornington Peninsula! No jest pięknie. Pięknie i swojsko. Przyroda nie onieśmiela tak, jak w Tasmanii, ale jest niesamowita i przyjazna równocześnie. To tu wreszcie o zachodzie słońca udaje mi się uciec z przesympatyczną winiarką Nirmal Ghumman na godzinną przejażdżkę po okolicy w poszukiwaniu kangurów. I udaje się. Wreszcie widzę je wszędzie! Są ich dziesiątki. Z daleka wyglądają jak zające. Z bliższej odległości jak wystrugane drewniane figurki: stają na baczność i nie ruszają się. Zamierają całkowicie aż do momentu, kiedy przekroczę istniejącą w ich głowie granicę, która wytycza bezpieczną odległość. Wtedy wszystkie, w tym samym momencie zaczynają uciekać w popłochu. Podskakując wysoko oddalają się w stronę zachodzącego słońca, a ja wracam do samochodu.

WIem, że czekaliście na zdjęcie kangurów. © Izabela Kamińska
WIem, że czekaliście na zdjęcie kangurów. © Izabela Kamińska.
Najlepsze gris w Australii. © Izabela Kamińska
Najlepsze gris w Australii? © Izabela Kamińska.

Zajeżdżamy jeszcze na chwilę do winnicy Nirmal i jej męża Paramdeepa: Nazaraay. Pamiętam ich wino z porannej degustacji. To było najsmaczniejsze pinot gris, jakie piłam w Australii. Wiele tutejszych szarych pinotów nie przemawia do mnie w ogóle, ten zaś był charakterny, pikantny, pachniał i smakował egzotycznie, a przecież nie mogła mnie w trakcie degustacji zainspirować historia państwa Ghumman, ponieważ wtedy jej jeszcze nie znałam! A jest to zdecydowanie jedna z najciekawszych winiarskich rodzin, jaką poznaję w trakcie tej podróży. Nirmal i Paramdeep pochodzą z Pundżabu. Pan Ghumman był informatykiem, Australia odkryła jednak jego prawdziwe powołanie i miłość do pinotów. Przez krótką chwilę, którą spędzam w ich winnicy zauważam uroczy, skromny domek, ich psa – wiernego pomocnika swego pana – Shebę, oraz mnóstwo kur biegających wśród winorośli, a mieszkających w starym czerwonym samochodzie niedbale zaparkowanym na skraju winnicy. Nirmal z rozbrajającą szczerością opowiada, jak to nie była pewna tego całego pomysłu z kurami, więc na próbę zrobiła im mini kurnik w starym aucie i na razie tak zostało. Nie wydawały się nieszczęśliwe.

Paramdeep Ghumman - z Pundżabu do Mornington Peninsula. © Izabela Kamińska
Paramdeep Ghumman – z Pundżabu do Mornington Peninsula. © Izabela Kamińska.

Jedziemy na kolację do jednej z ciekawszych winiarni w regionie: Mooroduc Estate. Tu znów czeka mnie niespodzianka. Kate McIntyre, córka właścicieli, niezwykle inteligentna i ciekawa kobieta z tytułem Master of Wine, przedstawia nam swoich ukochanych pupili. Widok rozszczekanych pudli nas nie dziwi, natomiast udomowiony, wdzięcznie pozujący do zdjęć paw już zdecydowanie bardziej.

Moorooduc Estate to rodzinna posiadłość założona w 1982 roku przez rodziców Kate: Richarda i Jill McIntyre. Tak jak inni producenci z regionu, skupiają się na chardonnay i pinot noir. Podoba mi się ich rozłożyste, miękkie, dość potężnie zbudowane Chardonnay 2013, ale wolę pyszne pinoty. Rocznik 2013 – korzenny, dymny, balsamiczny i zwarty, napięty, ale żywy i wesoły pinot z rocznika 2014.

Wieczór kończymy przy fortepianie. Na szczęście ktoś umie grać, inni potrafią śpiewać (ja nie potrafię), a wszystko i tak zagłusza paw, którzy przekrzykuje nas za każdym razem, gdy intonujemy kolejną nutę. Przedziwny i cudowny to był wieczór…

Gdzieś w Mornington Peninsula, a dokładnie w Moorooduc Estate. Na zdjęciu tata Kate McIntyre robi pizzę. © Izabela Kamińska
Gdzieś w Mornington Peninsula, a dokładnie w Moorooduc. Na zdjęciu Richard McIntyre robi pizzę (popijając wino oczywiście). © Izabela Kamińska.

Mornington to region, który winiarsko narodził się w latach 70. Pomaga mu bardzo bliskość Melbourne, którego mieszkańcy zawsze lubili tu przyjeżdżać na weekendy. Do dziś miejscowi winiarze większość swoich butelek sprzedają bezpośrednio kupującym, którzy wpadają do winnicy na małą degustację, czasem na jakąś przekąskę lub obiad (o ile winnica jest równocześnie restauracją, jak wspaniały Port Phillip Estate) i przy okazji zakupy na kolejny tydzień czy dwa.

Poranna degustacja chardonnay była okazją do spotkania kilku przesympatycznych winiarzy wierzących w zrównoważone podejście do upraw winorośli i minimalistyczną interwencję przy produkcji wina. „We farm the soil, not the wines” – powiedział Glen Hayley z Kooyong Estate, a ja z przyjemnością zatapiałam nos w zapachu jego naftowego Chardonnay 2012, które okazało się niezwykle eleganckie, długie i pikantne. Wina wszystkich chłopaków z Mornington Peninsula mają piękną równowagę między owocem, a kwasowością. Były znacznie łatwiejsze, bardziej owocowe i przyjazne, niż surowe Chardonnay z Adelaide, o których pisałam wcześniej. Więcej tu słodyczy mandarynki niż kwasowości cytryny i limonki. Znów podobały mi się wina od Ten Minutes by Tractor (bardziej te z 2015 roku – więcej owocu, żywsze, o dłuższym posmaku niż te z 2014 – nieco surowsze i bardziej wstrzemięźliwe).

Jonathon Mattick z Ten Minutes by Tractor © Izabela Kamińska
Jonathon Mattick z Ten Minutes by Tractor. © Izabela Kamińska.

Mnóstwo przyjemności sprawił nam Yabby Lake Single Vineyard Estate 2010 – z początku ciche, ledwie pachnące pigwą, po chwili eksplodowało owocem, strukturą, kwasowością. 2010 to świetny rocznik w Mornington, ale ogólnie tu po prostu nie ma złych roczników. Są dobre, lepsze i świetne. Choć z uśmiechem na twarzy chłopcy opowiadają, jak to tuż po zabutelkowaniu jednego rocznika wszyscy jęczą, że nie jest najlepiej – i tak aż do kolejnych zbiorów i do kolejnego butelkowania. Wtedy poprzednie wino, któremu właśnie stuknął rok, okazuje się być wspaniałe i znów wszyscy przypominają sobie o tym, że chardonnay często po prostu potrzebuje tego czasu w butelce.

Chardonnay z Mornington Peninsula = równowaga. © Izabela Kamińska
Chardonnay z Mornington Peninsula = równowaga. © Izabela Kamińska.

O Mornington Peninsula przeczytaj jeszcze tutaj i tutaj.

wtorek 8 listopada

Kiedy wychodzę z samolotu na lotnisku w Launceston (Tasmania), wszystko wydaje się jakby… wyraźniejsze niż zwykle. Jakbym do tej pory patrzyła na świat przez lekko brudnawe okulary, a teraz ktoś mi je życzliwie przetarł. Na Tasmanii powietrze jest jednym z najczystszych na Ziemi i to powoduje, że wszystko wydaje się jaśniejsze, a kolory bardziej nasycone. Wody i gleba są niezanieczyszczone. Żyje tu pół miliona ludzi i trzy razy tyle owiec. Podobno to najszczęśliwsze owce świata. Faktycznie,  widzę je wszędzie i wyglądają na bardzo wyluzowane. Żyją na wielkich przestrzeniach, wolne, oddychają tym niesamowitym powietrzem, korzystają ze słońca. Zdecydowanie mniej widzę winnic, ale docieram w końcu i do nich.

3 owce na osobę. © Izabela Kamińska
3 owce na osobę. © Izabela Kamińska.

Uprawia się tu głównie chardonnay i pinot noir (o tym, jak świetne wychodzą z nich wina musujące, pisałam w poprzednim odcinku – zob. niżej), ale zimny klimat wyspy sprzyja też chrupkim rieslingom, pinot gris i sauvignon blanc.

Tasmania wita. © Izabela Kamińska
Tasmania wita. © Izabela Kamińska.

Mnie po zdegustowaniu 30 win musujących czekają fascynujące dwie godziny z tasmańskimi rieslingami. Te z rocznika 2016 są bardzo zwarte i rześkie, mają wspólne nuty zielonych, kwaśnych jabłek. Najciekawsze okazują się rieslingi od Freycinet (środkowo-wschodnia część wyspy – najcieplejszy region w tym bardzo chłodnym klimacie) i od Meadowbank z południowej Tasmanii (Derwent Valley) – o wyjątkowo rubensowskich kształtach jak na tak młodego tutejszego rieslinga. Winiarze przekonują nas, że szczep ten pokazuje tu swoją klasę dopiero po spędzeniu około roku w butelce i faktycznie, starsze roczniki zdecydowanie nas rozbudzają (a musicie wiedzieć, że o ile Tasmania powitała nas pięknym słońcem, o tyle podczas tej degustacji deszcz bębnił po szybach, a wiatr trząsł niemal całym budynkiem). Świetny był delikatny, subtelny i zimny Bream Creek z egzotycznym aromatem liczi oraz bardziej przyprawowy Eddystone Point – oba z ulubionego przez winiarzy rocznika 2015.

Dobrze byłoby widzieć to w Polsce. © Izabela Kamińska
Czekamy w Polsce. © Izabela Kamińska

Był to rok, w którym wszystko było umiarkowane, a więc i prostsze. Jak rocznik będzie się rozwijał – zobaczymy, tymczasem degustacja nieco starszych rieslingów pokazuje klasę Tasmanii. Żywiczny, ziołowy Zdar 2012 od Josefa Chromy’ego to jedna z najlepszych butelek degustacji, a obiad z samym właścicielem winiarni to zaszczyt i dużo emocji.

Josef uciekł z komunistycznej Czechosłowacji zaraz po tym, jak skończył szkołę. Przybył do Australii w roku 1950, kiedy zamieszkiwało ją zaledwie 7 mln ludzi. Założył mały biznes – sklep rzeźniczy (w Czechach był rzeźnikiem) i rozkręcił interes tak, że 30 lat później miał już całą sieć sygnowaną swoim nazwiskiem: Chromy’s Meat oraz świetnie prosperujący eksport australijskich wędlin i mięsa na cały świat. W latach 90. postanowił zainwestować w winnice. Kupił Rochcombe, Heemskerk i Jansz, wyprowadza te zmagające się z problemami finansowymi marki na prostą, a następnie sprzedaje. Tworzy też od podstaw Tamar Ridge – obecnie największą winnicę w Tasmanii (którą też w pewnym momencie bardzo korzystnie sprzedał). Już w kilka miesięcy po sprzedaży swojego wielkiego projektu założył kolejną winnicę, tym razem nazwaną swoim nazwiskiem i w niej właśnie gości nas dzisiaj.

Josef Chromy nie rozstaje się ze swoim notesem. © Izabela Kamińska
Josef Chromy nie rozstaje się ze swoim notesem. © Izabela Kamińska.

W trakcie obiadu próbuję również starszego rocznika Zdar 2005! Znów żywiczny, woskowy, oleisty, z pikantnością kandyzowanego imbiru, bardzo świeży jak na 11-letnie wino. Niezwykła klasa i elegancja.

Jakością zachwycają też Tamar Ridge 2006 – delikatnie dymny nos, miodowe i delikatnie pikantne usta (znów ten ananas plus goryczka w finiszu) oraz Freycinet 2003 – bardziej ziołowy i ziemisty, ale jak bardzo intrygujący! I przypominam, że wszystkie te butelki były zamykane na zakrętkę, nie korek (do tematu starzenia się win zamykanych w ten sposób wrócę, ponieważ mam dla was kilka jeszcze starszych perełek z Australii, które udowadniają, że zakrętka nie jest w niczym gorsza od korka).

Tamar Ridge - bardzo ważna winiarnia dla Tasmanii. © Izabela Kamińska
Tamar Ridge – bardzo ważna winiarnia dla Tasmanii. © Izabela Kamińska

Tasmania to również świetne pinot noir – soczyste, lekkie, kruche, wstrzemięźliwe. Degustację zaczynam od Stoney Rise No Clothes Pinot Noir 2016 – piękne w swojej prostocie i lekkości, choć wolę sobie nie wyobrażać postawnego winiarza, który opowiada nam, jak to lubi biegać nago po winiarni – to wino to zdecydowane wagowe przeciwieństwo przesympatycznego autora! Tak naprawdę No Clothes oznacza oczywiście minimalną interwencję w procesie produkcji oraz, przede wszystkim brak siarki. Uf! Ale obraz pozostaje w głowie!

Bez dodatków. © Izabela Kamińska
Bez dodatków. © Izabela Kamińska

Najpopularniejszym tasmańskim pinotem jest podstawowa etykieta Devil’s Corner (to jedna z etykiet Tamar Ridge) – bardzo lekkie, proste, świeże o soczystych, truskawkowych ustach. Nie dziwi mnie jego popularność. Podoba mi się Holyman Project X Pinot Noir 2014 – głóg, żurawina, napięty, nieco bardziej taniczny. Jest mniej klasyczny od równie ciekawego Eddystone Point 2015 o korzennym, malinowym nosie – to pinot z gatunku tych lekkich i wdzięcznych. Koniecznie spróbować też trzeba pinotów z winiarni Holm Oak: ja wolę niższą etykietę Pinot Noir 2015 – czystego jak tasmańskie powietrze z całą paletą hinduskich przypraw w nosie. Lecz uroku nie można odmówić również wyższej etykiecie Wizzard 2015 – więcej treści (trochę nowej beczki), ale jedwabiste, gładkie i z mocą owocu.

Zaskakuje mnie Pinot Noir Rêveur 2013 od Glaetzer-Dixon – ta kwasowość czerwonej porzeczki, pikantność i lekkość Zaskakuje dlatego, że Nick Glaetzer raczej ma skłonność do tworzenia win bardziej postawnych (jak mawiał jego wuj: „no wood, no good” – bez beczki nie ma dobrego wina), a tu omamił nas czymś tak delikatnym i zwiewnym. Zupełnie inny to pinot niż jego pokazowa etykieta  La Judith – najdroższe pinot noir w Tasmani ($220). Pamiętacie bajkę, w której wilk przebiera się za owcę? Tu owca (pinot noir) przebiera się za wilka (shiraz) – temu pinotowi naprawdę bliżej do shiraza z Barossy niż do degustowanych przez nas wcześniej win wagi piórkowej. To taki pinot na sterydach i na pewno znajduje swoich fanów.

Najdroższe i najpotężniejsze PN Tasmanii. © Izabela Kamińska
Najdroższe i najpotężniejsze pinot noir Tasmanii. © Izabela Kamińska.

Pisząc o tasmańskich pinotach nie można zapomnieć o Grey Sands i Pressing Matters, a także niezwykłym projekcie Davida Walsha – Moorilla. To nie tylko piękne, fiołkowe pinoty, ale też niezwykłe, artystyczne etykiety. Nic dziwnego – David Walsh stworzył również w Tasmanii prawdopodobnie najwspanialsze centrum sztuki MONA (Museum of Old and New Art). Starsze etykiety przedstawiają nagich tancerzy baletu i są naprawdę zjawiskowe. Niestety zostały bardzo źle odebrane przez australijski i europejski rynek (nie spodziewałabym się, że taka nagość może wciąż szokować) i nowsze przedstawiają czarno białe zdjęcia winorośli w dużym zbliżeniu. Jak widać nie jest łatwo połączyć sztukę i wino.

Szokuje. © Izabela Kamińska
Szokuje. © Izabela Kamińska.
Nie szokuje. © Izabela Kamińska
Nie szokuje. © Izabela Kamińska.

niedziela 6 listopada

Jeśli wina musujące w Australii, to trzeba zacząć od Piccadilly w Adelaide Hills (zaraz wyjaśnię, dlaczego), a następnie wsiąść w samolot i udać się do Tasmanii. To też uczyniłam.

Klasyka. © Izabela Kamińska
Klasyka. © Izabela Kamińska.

Ashton Hills w Piccadilly Valley zostało założone przez Stephena George’a w 1982 roku. Całe swoje dorosłe życie Stephen poszukiwał jednej rzeczy: idealnego pinot noir. Zarówno idealnego klonu tego szczepu, jak i idealnego wina z niego zrobionego. Twierdzi, że wciąż nie ma pojęcia, jak zrobić dobrego pinota, ale uwierzcie mi, trudno znaleźć kogoś, kto miałby o pinocie większe pojęcie! Należy też pamiętać, że pinot staje się najważniejszym szczepem Australii i jest odmieniany przez wszystkie przypadki przez winiarzy z tych regionów, w których da się z niego wycisnąć to, co najlepsze (a kilka ich jest i będzie jeszcze o nich niebawem). Tę rewolucję zauważył już rok temu Wojtek Bońkowski, a ja w ciągu mojego tegorocznego pobytu w kraju kangurów wypiłam więcej pinotów niż shirazów, z którymi wszyscy Australię kojarzycie.

Ale wróćmy do naszych baranów, jak to mawiają Francuzi, czyli do musiaków z Adelaide. Obecnie winnica Ashton Hills jest w rękach firmy Wirra Wirra. Stephen George nie miał nikogo, kto mógłby przejąć po nim biznes i w zeszłym roku postanowił ostatecznie sprzedać firmę. Nie znaczy to jednak, że odszedł na emeryturę – wciąż pomaga w tworzeniu kolejnych roczników we współpracy ze słynnym enologiem Paulem Smithem z Waira Waira i wciąż mieszka w swoim domu na terenie winnicy. Paul z uśmiechem zauważa, że Ashton Hills to wciąż ogródek Stephena, który pozwala mu uprawiać.

Jego spokojne pinoty to jest klasa sama w sobie, ale ja skupię na wersjach musujących, bo od nich zaczęła się w Australii moja przygoda z musiakami w ogóle. Blanc de Noirs 2011 pachnie pieczonymi jabłkami, malinami i skórką chleba, ma piękną taninę i herbaciany finisz. Brut Sauvage 2014 jest bardziej kwiatowy i smakuje marcepanem oraz skórką jabłka. Jest chrupki i elegancki. Salmon Brut 2011 zaś jest bardziej miękki, przyjazny, o aromatach pieczonych brzoskwiń i przyjemnym, słonym finiszu.

Poznajcie Mistrza Eda. © Izabela Kamińska
Poznajcie Mistrza Eda. © Izabela Kamińska.

Ta degustacja ustawiła poprzeczkę bardzo wysoko. Tasmania musiała teraz pokazać się z jak najlepszej strony. I pokazała! W winnicy Tamar Ridge, która gościła nas na obiedzie, spotkaliśmy tasmańskiego guru win musujących Eda Carra robiącego wina między innymi dla wytwórni Arras. Ed to nie tylko łebski gość, ale też po prostu przesympatyczny, szczery, uśmiechnięty i niezwykle skromny człowiek. To on oprowadzał nas po świecie musujących win Tasmanii.

Brut Elite NV (nierocznikowy) jest kwiatowy, malinowy, ma piękną kwasowość i strukturę. Arras Grand Vintage 2007 spędził 7 lat na osadzie, ma gorycz skórki pomarańczy i intrygującą ziemistość, zaś Arras E. J. Carr Late Disgorged 2002 to aromaty pieczonej tarty jabłkowej z kulką lodów śmietankowych, w ustach świeżość trawy cytrynowej i pikantność imbiru, słona końcówka – genialne!

Jedne z najlepszych win musujących w Tasmanii. © Izabela Kamińska
Jedne z najlepszych win musujących w Tasmanii. © Izabela Kamińska.

Na początek przygody z tasmańskimi bąbelkami dobrze jest otworzyć butelkę podstawowego, nierocznikowego musiaka od Jansz – bardzo aromatyczny, pełny, miękki z przyjemnym smakiem brioszki i ciepłego karmelu. Wśród win nierocznikowych niezwykłą elegancją wyróżnił się obsypany medalami Pirie – bardzo wstrzemięźliwy, nieco surowszy, o wyższej kwasowości.

Jansz - prawdopodobnie najbardziej znane wino musujące Tasmanii. © Izabela Kamińska
Jansz – najbardziej znane bąbelki Tasmanii. © Izabela Kamińska

Bream Creek 2010 jest niezwykle perlisty i pięknie pachnie i smakuje suszonymi jabłkami, zaś Delamere 2013 jest bardziej ziołowy, pachnie bergamotką i ma znacznie poważniejszą strukturę. Tak naprawdę każde degustowane przez nas wino było świetne. Przypomniało mi to zeszłoroczny wpis Wojtka Bońkowskiego o tym, że Australii pił dosłownie tylko jedno słabe wino.

Medalowy. © Izabela Kamińska
Medalowy. © Izabela Kamińska.

To był świetny wstęp do win Tasmanii. A przy okazji odkrycie najlepszych bąbli Australii. Spodziewalibyście się?

czwartek 3 listopada

Kolejny dzień w Australii spędzam częściowo w kościele. Kościół nazywa się Lost in a Forest i jest najbardziej hipsterską pizzerią w okolicach Adelajdy. Jej właściciel wcześniej po prostu tu mieszkał. Na  piętrze, gdzie kiedyś znajdowały się organy, urządził sypialnię z widokiem na ołtarz. Dziś jest tam wspólny stół dla gości zrobiony z drzwi wejściowych do kościoła. Japoński Michał Anioł właśnie pracuje na drabinie malując nowoczesny fresk na suficie, za oknem szaleją ptaki (ich odgłosy to jedna z tych rzeczy, które codziennie rano przypominają mi, że jestem bardzo daleko od domu – nie rozpoznaję tych melodii, nie kojarzę tych krzyków, śpiewów, wrzasków), światło tak czyste, że robione przeze mnie zdjęcia wydają się od razu mocno sfotoszopowane – w tych pięknych okolicznościach przyrody spotykamy leśnych chłopaków z Basket Range.

Długie brody, dredy, poplamione tiszerty i najbardziej odjazdowe etykiety w Australii – oto image tutejszych winnych minimalistów. „Low intervention, maximum attention” – to hasło, które słyszałam już nieraz, i które powtarza nam też Brandon Keys z BK Wines. Dla chłopaków z Basket Range niewiarygodne jest, że najlepsze wino w Australii (a przynajmniej uważane za najlepsze – czyli Penfolds Grange) pochodzi z 60 różnych parceli w kilku różnych regionach Australii. Nie ma w tym żadnej magii, żadnej prawdy, która jest w winorośli i w ziemi, na której winorośl wyrosła.

Miejsce winnego kultu. © Izabela Kamińska
Miejsce winnego kultu. © Izabela Kamińska.

Brandon pokazuje nam swoje świetne, lekko słodkawe Pinot Gris Ovum 2015 (12 miesięcy w betonowych „jajach”, czyli jajowatych kadziach). Smakuje posłodzonymi mirabelkami i pieczonym fenkułem. A potem bardzo wstrzemięźliwe, morelowe, lekko pieprzne Chardonnay One Ball, która oznacza dokładnie to, co możecie sobie pomyśleć: pewną anatomiczną niedoskonałość właściciela winnicy, z której pochodzą grona. Podoba mi się zwiewne, romantyczne Savagnin Skin ’n’ Bones 2015, które jest dokładnie takie, jak wskazuje nazwa – obraz pędzonego gruźlicą artysty szukającego natchnienia na mglistych ulicach Paryża o świcie nasunął się sam i możecie mnie za niego zlinczować. Ale najpierw spróbujcie tego wina!

WIno do pizzy? © Izabela Kamińska
Wino do pizzy? © Izabela Kamińska.

W latach 80. w Australii nikt nie chciał pić lekkich win. Wino miało być ciemne, gęste, mocne, taniczne. Wtedy tacy winiarze jak Basket Range Boys nie mieliby zbyt wielu klientów. Dziś wyprzedają wszystko na pniu. W przeszłości Brandon próbował za wszelką cenę zrobić wino na 100 punktów Parkera. Dziś wie, że nie musi.

Zaskakujące opakowanie... © Izabela Kamińska
Zaskakujące opakowanie. © Izabela Kamińska.

Widząc nasze zainteresowanie swoimi czystymi, dobrze zbalansowanymi winami, Brandon Keys wyciąga nagle z kieszeni małą buteleczkę pełną żółtego płynu, który skojarzył się wszystkim jednoznacznie – powiedzmy, że „laboratoryjnie”… Lecz kiedy rozlał nam do kieliszków swoje vin jaune (wino żółte), absolutnie nie protestowaliśmy (wino wciąż jeszcze nie jest dostępne i nie wiadomo, kiedy będzie). Pełne tanin, słone, smakujące orzechami włoskimi i serem pleśniowym, o mocnym akcencie umami savagnin dojrzewające pod warstwą drożdży to jeden z tych smaczków, na który znudzeni chardonnay dziennikarze czekają z wypiekami na twarzy. To takie intelektualne guilty pleasure dla winnego freaka.

Anton rewolucjonista. © Izabela Kamińska
Che Guevara australijskiego wina. © Izabela Kamińska.

Australijskim naturalistycznym rewolucjonistą jest starszy od wszystkich Anton Van Klopper z winiarni Lucy Margaux. Jego winorośl nigdy nie widziała pestycydów, herbicydów, chemicznych nawozów, nie jest nawadniana, gdyż powszechne w Australii nawadnianie rozleniwia roślinę i powoduje, że przestaje ona rozwijać swoje korzenie w poszukiwaniu wody i minerałów. Wina nie są siarkowane, robią się właściwie same, jak mawia Anton, to po prostu „winogrona w kieliszku”. Zachwyca jego Gris de Florette. To takie szare wino na skórkach lub jeśli wolicie – pomarańczowe w wersji rosé. Herbaciane, z nutami malwy i malin, lekko ziemiste z imbirowo-cytrynową końcówką. Wszystkie wina Van Kloppera to niesamowita lekkość i pijalność oraz zachwycające etykiety narysowane przez córkę winiarza.

Naturalny James. © Izabela Kamińska
Naturalny James. © Izabela Kamińska

James Erskine z winiarni Jauma rozbraja uśmiechem, fenomenalnymi etykietami (tak, ja znów o etykietach!) i winami, które są żywe, soczyste i pełne energii. Były kucharz, były sommelier, odkrył w Hiszpanii garnachę i postanowił robić wina. Od początku jednak odmawiał stosowania chemii w winnicy oraz większych interwencji w winiarni. To myślenie zbliżyło go do agronomki Fiony Wood, która zarządza jego winnicami, cały czas dokonując ciekawych eksperymentów z najróżniejszymi odmianami z całego świata. Jedno z win jest nazwane na jej cześć: Fiona’s Garden – to prawdziwy australijski field blend (wino z różnych szczepów winorośli rosnących na jednej parceli i zbieranych w jednym momencie) o aromatach wiśni, mirabelki i dzikiej róży, pięknej lekkości i kwasowości z lekko drewnianymi nutami w tle. Genialny jest jego Clarendon Wood Vineyard Grenache 2015 – tak bardzo owocowy, przyprawiony anyżem, o jedwabistej strukturze.

Kocham te etykiety! © Izabela Kamińska
Kocham te etykiety! © Izabela Kamińska.

Taras Ochota z Ochota Barrels wita nas ze swoim zawadiackim uśmiechem i całą baterią kolorowych butelek. Jego wina obserwuję od dwóch lat i cieszę się, że przynajmniej jedną, dwie etykiety sprowadza do Polski Wines United. Nie ma jednak u nas, a szkoda, korzennego, dymnego, zwiewnego (cichego?) gamay The Price of Silence. Polałabym Wam też chętnie mięsistego, krwistego syrah I Am the Owl.

Taras Ochota lubi swoje wino. © Izabela Kamińska
Taras Ochota lubi swoje wino. © Izabela Kamińska,

Jak wiadomo, za sukcesem każdego mężczyzny stoi jego kobieta i powiedzenie to sprawdza się również w przypadku Ochoty. Jedno z najlepszych win Tarasa nie zostało zrobione przez Tarasa. Pinot Noir Home… to dzieło jego żony Amber. Smakuje kwaśnymi jeszcze owocami z początku lata, ma cierpkość żurawiny i ziołowe akcenty szałwii. W moim notesie poświęcam mu całą stronę pełną impresji i z żalem wylewam resztkę wina, żeby przygotować kieliszek na kolejną próbkę.

Lubimy i poprosimy więcej w Polsce! © Izabela Kamińska
Lubimy i poprosimy więcej w Polsce! © Izabela Kamińska.

P.S. Dla tych szczęśliwców, który w Australii będą niedługo: w ostatni weekend listopada odbywa się niesamowity festiwal win naturalnych Rootstock. Mnie w tym roku na nim niestety nie będzie. Lecz jeśli dotrę za rok, wszystko Wam uprzejmie doniosę!

piątek 28 października

3 godziny z chardonnay – oto co mnie czekało drugiego dnia podróży po Australii. Samolot linii Qantas przeniósł mnie szybko do Adelaide Hills. Na pokładzie rozrywkowy, uśmiechnięty personel w wieku, w którym u nas ogląda się Miodowe lata i czeka smutno w domu na telefon od wnuka. Godzin snu tej nocy: zero. Perspektywa tej degustacji trochę mnie niepokoiła. Widok strusia biegającego po posiadłości Sidewood Estate wszystkich trochę rozbudził, winiarze pomyśleli również o kilku butelkach tutejszych elektryzujących musiaków na pobudzenie kubków smakowych.

Adelaide to rześkie, cytrynowe chardonnay. © Izabela Kamińska
Adelaide to rześkie, cytrynowe chardonnay. © Izabela Kamińska.

Degustacja okazała się rewelacyjna. 20 lat temu chardonnay w Australii zamiast smakować winem, było po prostu płynną beczką w kieliszku. Dziś winiarze chcą chardonnay pełnego cytryny i limonki, soczystego, chrupkiego i świeżego. Nowe baryłki zamieniają na stary dobry duży format, do którego wracają przecież też niektórzy na Starym Kontynencie.

Co zaskakujące, wspólnym mianownikiem chardonnay z Adelaide Hills okazał się zapach nafty, który, jak nam wyjaśnili winiarze, jest tutaj bardzo lubiany i poszukiwany. Spod niego wyłaniała się świeżość cytryny, trawy cytrynowej, subtelna słodycz dojrzałej brzoskwini. Chardonnay Oven 2015 z goszczącej nas winiarni Sidewood było pikantne i soczyste, o poważnej strukturze i miękkiej słodyczy w końcówce. Podobną pikantność, lecz połączoną z goryczą grejpfruta i delikatną słonością, wyczuwa się w Lenswood Chardonnay 2015 od fantastycznego Shaw+Smith. Longview polał do kieliszków Chardonnay Macclesfield z tego samego rocznika – bardziej egzotyczne, napięte, chrupkie, o rozleniwiającej nucie ananasa i białych kwiatów. Petaluma Picadilly 2015 to soczysta gruszka, smak dojrzałej pigwy podbitej kwasowością limonki.

 Niesamowite! © Izabela Kamińska
Niesamowite! © Izabela Kamińska

Największym zaskoczeniem było jednak chardonnay od biodynamicznego producenta Ngeringa. Eerin Klein wygląda jak kopia Woody’ego Harrelsona. Błękitne oczy, rozwiane blond włosy, zawadiacki uśmiech. Jest totalnie wyluzowany, najcichszy z grupy, ale bardzo uważny. Pracuje biodynamicznie i wierzy w to, że w jego winach czuć naturalną siłę jego winorośli. Jego chardonnay jest najbardziej egzotyczne: pachnie curry, imbirem, a smakuje jak świeżo upieczona tarta cytrynowa. Niezwykłe wino. Widząc mój entuzjazm, Eerin przynosi mi ukradkiem swojego pet-nata (naturalne wino musujące). Uncultured 2016 nie jest jeszcze nigdzie dostępny, przywiózł pokazać go kolegom winiarzom, a pół kieliszka udało się spróbować i mi. Jest bardzo czyste w smaku, o aromatach nasturcji  i smaku świeżych nektarynek. Pyszne!

Pet-Nat z Adelaide Hills! © Izabela Kamińska
Pet-Nat z Adelaide Hills! © Izabela Kamińska.

Głównym białym szczepem Adelaide Hills jest chardonnay, ale tutejszą nowinką jest grüner veltliner. Wszystko zaczęło się 10 lat temu, a ojcem trendu jest charyzmatyczny Larry Jacobs z Hahndorf Hill. Zakochany w austriackich winach, zasadził u siebie wszystko, co lubi: ma blaufränkischa, zweigelta, od niedawna st. laurenta, ma też oczywiście grünera. Poświęca mu dużo energii i z ogromną pasją i dumą opowiada mi o zorganizowanej przez magazyn Falstaff w 2013 wielkiej degustacji veltlinerów spoza Austrii. Zaprezentowano 28 win z całego świata, a jego GRU zdobył pierwsze miejsce!

Oto najlepszy GV spoza Austrii, proszę państwa. © Izabela Kamińska
Oto najlepszy GV spoza Austrii, proszę państwa. © Izabela Kamińska

Ja próbuję GRU 2015 i zaskakuje mnie, jak pięknie napięty i zrównoważony to grüner. Ma wszystko, co wino z tego szczepu mieć powinno – jest odpowiednio ziołowy z nutą białego pieprzu, lekko słony i pikantny. Tego wieczora próbuję jeszcze kilku innych win, ale to zapamiętam na długo. Trzymam kciuki za grünery z Adelaide.

Ojciec australijskiego veltlinera. © Izabela Kamińska.
Ojciec australijskiego veltlinera. © Izabela Kamińska.

poniedziałek 24 października

Rok temu Wojtek Bońkowski, a w tym roku to ja pojechałam podrapać kangury za uchem. W Australii piękna wiosna, wszędzie zielono, czuć energię, na którą w Europie przyjdzie nam czekać pół roku. Jakie szczęście, że można jej zażyć w płynie!

Zaczęłam mój objazd Australii powoli od spokojnego obiadu w towarzystwie kilku zacnych reprezentantów Nowej Południowej Walii. Cel: ten sam od lat – przypomnieć, że Nowa Południowa Walia to nie jest jeden wielki kosz winogron, z którego powstają marketowe bestsellery dla niewybrednych konsumentów. A przynajmniej nie tylko.

Hunter Valley to przede wszystkim szczep sémillon o niesamowitym potencjale starzenia. Jak powiedział z Peter McGuigan z winiarni McGuigan, do starzenia nie przeznacza się win, które za młodu są atrakcyjne – te butelkuje się i wypuszcza w świat od razu. On widzi przyszłość w tych sémillon, które z początku zdają się trudniejsze, często mniej aromatyczne, nieposkładane, za to ze strukturą i głębią. Jego The Shortlist Sémillon 2007 nijak nie zdradzał swoich 9 lat na karku, był prężny, napięty i niesamowicie wdzięczny. A rocznik 2009 od Brokenwooda wydawał się wręcz dzieciakiem.

Apelacja Tumbarumba to fantastyczne chardonnay i wina musujące. Eden Road Wines pokazał chardonnay o niesamowitej kwasowości, pikantne, imbirowe – klasa sama w sobie. Dla poszukiwaczy wrażeń winiarz ma kupaż 6 szczepów pod nazwą Skinny Flat White – łososiowy kolor mocno zaskakuje, pachnący pikantnymi przyprawami nos niesamowicie kusi; wino jest stworzone do jedzenia, do eksperymentów z kuchnią, kosmopolityczne.

Ekscytacja. © Izabela Kamińska

Zimna apelacja Orange to dużo ciekawostek i eksperymentów. Tam walczą moi dwaj ulubieńcy: Logan i Philip Shaw. Od Petera Logana zaadoptowałabym jego najnowsze dziecko: Clémentine – wino pomarańczowe nazwane imieniem córki. Ekskluzywne pudełeczko z pomarańczową galaretką oprószoną cukrem pudrem – pyszne wino z pikantnym twistem. Od Philipa Shawa kocham Pinot Noir No. 8 pachnące suszoną truskawką, korzenne i lekko ziemiste. Ale i często niedoceniane przeze mnie chardonnay w jego interpretacji zachwyciło słonością połączoną ze świeżością mandarynki.

Klementynka. © Izabela Kamińska

A jeśli Australia, to nie można nie wspomnieć o shirazie. Ale nie musi to być shiraz rażący śluzówkę niczym policyjny paralizator. Clonakilla z rejonu Canberra to kultowy kupaż shiraza z viognerem, który już w pierwszym roczniku (1992) zrobił w winiarskiej Australii absolutną furorę. Za tym nowym obliczem australijskiego shiraza stoi Tim Kirk, który absolutnie każdego z uczestniczących w degustacji dziennikarzy spytał, co sądzi o winach z Côte-Rôtie. To jego punkt odniesienia, wzorzec syrah. Świeżo po pobycie w Dolinie Rodanu przekonał ojca, żeby 6-letnie krzewy viognier swoją premierę miały nie w postaci białego wina, jak było w planach, lecz jako dodatek do shiraza. To była prawdopodobnie najlepsza decyzja jego życia. Udowodnił, że australijski shiraz może być zimnym, eleganckim winem, pachnącym maliną, subtelnie pikantnym, lekko nawet kwiatowym. A swoją drogą viognier też robi. Cholernie dobre viognier.

Do Australii podróżuję na zaproszenie Wine Australia.

Komentarze

  • Już się bałem, że przeczytam, że się minęliśmy w ten weekend w Yarra Valley :) Jakie dalsze plany na wycieczkę? Do Nowej Zelandii też się uda zawitać? :)

  • Paweł Parma

    Plis, niech ktoś zaimportuje Logana Clementine! Chcę mieć to w karcie :)

  • Kuba

    A probowal Pan?

  • Paweł Parma

    Niestety nie, ale mam dużą dozę zaufania do osądu Izabeli Kamińskiej :)

  • Maciek Swietlik

    Możesz mieć od ręki Tarasa Ochotę, a od 5 grudnia savagnin fermentowane pod „florem”. Zapraszam maciek@winesunited.eu
    Ilości ograniczenie.

  • Izabela Kamińska

    Do NZ nie… Innym razem! Ale Tasmania była po drodze!

  • Maciek Swietlik

    Droga redakcjo nie Waira Waira zakupiła winnice Ashtona Hills , a Wirra Wirra – znany producent z McLaren.

  • Izabela Kamińska

    Dziękuję! Poprawione. Literówka! Za dużo kangurów, rozpraszają!