Winicjatywa zawiera treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich.

Treści na Winicjatywie mają charakter informacji o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz.U. 2012 poz. 1356).

Winicjatywa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb.

Zapisz się do naszego newslettera!

Dowiedz się przed innymi o najlepszych winach, promocjach i degustacjach.

Opuść stronę

Polub nas na Facebooku! Bieżące informacje, ciekawostki i konkursy.

O winach, których nie było

Komentarze

Święty Mikołaj się spisał, odwinięty papier prezentowy odsłonił okładkę – What To Drink With What You Eat. Świetna pozycja. Ewa Rybak przełożyła inną wartościową pozycję: Wino i jedzenie. W końcu zapisałem się na egzamin WSET Level 3, który wcześniej z różnych powodów musiałem odłożyć. Elementem łączącym powyższe sprawy jest sztuka łączenia wina z potrawami (lub na odwrót, jak kto woli). Prawdę powiedziawszy, jestem zdumiony zwłaszcza materiałami WSET, które dużo miejsca poświęcają właśnie temu tematowi. Myślę w tej chwili o warstwie praktycznej, nie o teorii. Cały obszar parowania jedzenia z winem uczy pokory, gdyż pokazuje, że nieustannie uczymy się tu czegoś nowego.

Teoria się zmienia – nowe podejście do łączenia wina z potrawami, propagowane przez Tima Hanniego MW, zostało włączone do oficjalnych materiałów edukacyjnych WSET, o których już wspominałem. Wszystko się zmienia, oczywista oczywistość. Dziś inaczej jemy i pijemy. Nieustanna zmiana wymaga częstej aktualizacji wiedzy oraz weryfikacji części praktycznej, gdzie wiedza przemienia się w idealne połączenie posiłku i wina.

Page Dornenburg What To Drink With What You Eat
Świetna pozycja.

Jakoś smutno mi się zrobiło, gdy zacząłem sobie w głowie generalizować, wyobrażając sobie stan rzeczy w populacji większej niż garstka winomaniaków. Dlaczego? Śmiem twierdzić, że podstawowa wiedza z zakresu łączenia wina z potrawami jest nikła, a właściwie jej nie ma. Jak dobieramy? Bez względu na to, co na stole, gospodarz – jeśli w ogóle dysponuje winem – zapyta: „To jak? Czerwone czy białe?”. Efekt jest taki, że raz smakuje bardziej, raz mniej, ale rewelacji przy stole nie ma. Potem się wspomina, że wino było dobre, ale o posiłku każdy już zapomniał. Czasem bywa na odwrót. A przecież chodzi o idealną kompozycję, wzajemne uzupełnienie i dopełnienie się!

Smutek budzi też myśl o liczbie butelek, czasem wybitnych, których nie było. Nie było, bo wino nie poradziło sobie z potrawą i nikt go właściwie nie zauważył. Tyle zmarnowanych szans… Przyznajmy sami przed sobą, że taka sytuacja jest na porządku dziennym. A jak już w zaciszu domowym przemyślisz sprawę, wyznasz swoją winę, to wiedz, że w ten sposób otwierasz nowy rozdział swojej przygody z winem. Na serio. W pokorze.

Ciekaw jestem, jak sami oceniacie swoje zdolności związane ze sztuką łączenia schabowego z przefermentowanym sokiem z winogron.

Komentarze

  • To jest czasem jeszce ciekawszy temat, niż samo wino;) Często musimy hamować znajomych, żeby do dania nie otwierali najdroższej butelki (a chcieliby nam zrobić przyjemność), bo może niekoniecznie pasuje i nie będzie dużej frajdy ani z wina, ani z dania. Zgłębiamy tę sztukę już od dawna i potwierdzamy, że nie jest to proste. Książkę, o której piszesz, znamy i jest ona czasem bardzo pomocna i zwraca uwagę na inne napoje niż tylko wino – co jest bardzo przydatne w sytuacji, gdy wśród biesiadników mamy kierowcę albo osoby, które wina nie lubią a inngo napoju (w tym alkoholowego) napiją się chętnie. Jedyny zarzut wobec „What to Drink…” to to, że jest może trochę za amerykańska. A co do pytania „to jak, białe czy czerwone?” można dołożyć jeszcze – „weźmy do obiadu to „kozackie”, co ostanio Henio przyniósł”. Zasłyszane dziś u Mielżyńskiego w sklepie;)
     
    Wojtek (z winniczek.eu)

  • Po stokroć polecam uważne przeczytanie zalinkowanego PDFa. To bardzo pouczający tekst, bardzo doświadczonej osoby. Do tego warto zrobić kilka prostych testów w domu i okazuje się, że sprawa wcale nie musi być mocno skomplikowana. Trzeba się tylko przełamać i zrobić kilka prostych testów.

    A co do Henia, to cóż… Ułańska fantazja zniesie wszystko (prawie). Ważne jest tylko to, by na siłę nikogo nie uszczęśliwiać, skoro ubzdurał sobie taki, a nie inny scenariusz. Zasada nadrzędna to „“if the guest prefers”.

    Udanych połączeń życzę:)

  • OK, może ja Maćku poszedłem za szybko krok dalej i zrobiłem, trochę charakrterystyczny dla siebie, skrót myślowy :) Trochę moja wina. Mowię „trudny”, bo gotuje tak bardziej serio już ponad 10 lat i do jedzenia staram się dopasowywać wina. I jeślii mówimy do „tego i tego” pasuje taki region, czy szczep – to jest to duże uogólnienie. Weżmy nasz wczorajszy przykład, Roastboef po toskańsku – nadziany szałwią z czosnkiem, z patelni, podlewany winem. Chianti Classico 2007, San Fabiano Calcinaia, mimo że nie wchodząc w detale, zupełnie ok, stanęło trochę okoniem do wołowiny (dawajcie jagnięcinę, chiałoby się rzec!). Natomiast bardzo, bardzo słaba butelka (za 16 pln Chianti DOC, muszę sprawdzić producenta;) do mięsa okazało się strzałem w dychę (a nawet dychę + 6:) łagodnie wspierało danie, przestały przeszkadzać wcześniej przy jego degustracji spostrzeżone wady. Smak jest dla nas bardzo ważny, dlatego temat przez Ciebie wywołany tak poważnie traktujemy. A będąc już przy Chianti, to tak jakby powiedzeć, że Felsina będzie dobra do jakiegoś dania, tak samo jak Isole e Olena – to jednak, przynajmniej dla nas, bardzo duża różnica!

    A jeśli chodzi o uszczęśliwianie na siłę – to 100% zogoda:) ale jesli możemy się uszczęśliwić dobrym połączeniem to dlaczego nie:)

  • Pełna zgoda i zrozumienie.

    Mi chodzi też o to, by nie robić ze sprawy węzła gordyjskiego.
    Wiedzna na temat wina na poziomie, chianti to sangiovese, a to dużo kwasu i średnie taniny lub viognier będzie kwiatowe (często wsadzają w beczkę) więc będzie miało ciało, może pomóc w szybkim i bezbolesnym parowaniu potrawy z winem (lub na odwrót). Wtedy łatwiej jest poruszać się w tej „sztuce” balansowania aromatów i smaków.

  • Znikanie win wiąże się tez czasem z kolejnością ich podawania, prawda? Niby temat dużo prostszy niż łączenie z potrawami ale wpadki też się zdarzają.

    Ostatnio otworzyłem (gawędząc przy kominku) pyszne Szamorodni Oremus 2007 przed Zeta z późnego zbioru (Tokaj Bor Bene, 2008) jako mającym więcej cukru. Subtelniejszy charakter odmianowy Zety i jej słaba struktura (Szamorodni spędza więcej czasu w beczce) skazały to wino na porażkę. Nikt o nim dobrego słowa nie powiedział. Było tylko wzdychanie za Oremus, a mi zrobiło się głupio.

  • To prawda. Kolejność jest istotna, gdy wino pijemy tak po prostu, nie łamiąc go regularnym posiłkiem.
    W takim przypadku wyjdzie ze mnie zardzewiała konserwa, bo zarekomenduję: od lekkich do ciężkich, od białych do czerwonych, od wytrwanych po słodkie.

  • Kindofpaul

    Zastanawia mnie kontekst umiędzynarodowienia stylów wina – mówi się szeroko o parkeryzacji, szerokiej unifikacji, ciepłej zupie, itd..Skoro wina zmierzają do określonych okręgów stylistycznych, do bycia terroistycznym no name, możemy dojść do takiej sytuacji, że do dania będziemy mieli w zasadzie to samo wino(biorąc pod uwagę koncentrację, owocowość, taniny…). Może owa umiejętność – łączenie wina z potrawami – to mamut skazany na wyginięcie? nawet jeśli to zbyt daleko idące czarnowidztwo, to w odniesieniu do win bazowych, sytuacji codziennych, tak to może wyglądać – co z tego, że możesz gdzieś tam zdobyć i mieć dobrej jakości t-shirt, jeśli zalewa Cię morze tanich szmat i większość w nie się przyozdabia. To się również dosyć ładnie wpisuje w ogólną tendencję do „nie myślenia”, do skrótów, nie obciążania zmysłów niepotrzebnym myśleniem… Czy nie grozi nam dojście do takiej sytuacji, że na tego typu ekstrawagancje – poruszanie zmysłów, osiąganie harmonii – będziemy musieli wydać spore pieniądze, bo tylko drogie butelki, choć też pewnie nie wszystkie, będą dawały nam namiastkę niuansu, z którym parowanie posiłku może być ciekawą przygodą? 

  • @e46e4b9d400b4a1b99ee0015584b2677:disqus – pełna zgoda co do całości Twojej myśli. ale to tylko jedna strona medalu. parkeryzacja i unifikacja to zagrożenia i z nimi wiele zrobić nie możemy. 
    mi bardziej chodziło o to, że temat potrzebuje odczarowania, nie jest tak skomplikowany jak by się mogło wydawać. gdyby się nad tym bardziej zastanowić, to podejście zaprezentowane przez Tima Hanni MW zmienia komletnie podejście do tematu. niby ten jego tekst to oczywista-oczywistość, ale jakoś do tej pory uczyło się na ten temat inaczej.
    problem łączenia wina i jedzenia polega też na tym, że większość „dobrych rad” pojawia się w kontekście perliczek, małż św. Jakuba itp. czyli de facto jedzenia, które większość ludzi ma w głębokim poważaniu. tak przynajmniej mi się wydaje. ciekawie byłoby gdyby jakiś sommelier wypowiedział się na ten temat.jeszcze raz podkreślę „if the guest prefers” to zasada nadrzędna, która powinna być stosowana zawsze.

  • Kindofpaul

    ” temat potrzebuje odczarowania” – no właśnie, jeśli zaczniemy parować wina np. z kotletami i pierogami, to okazać się może za lat naście, że w zasadzie wszystkie wina są takie same….i parować nie ma czego z czym…to mnie martwi, że nawet jeśli będziemy chcieli zmysłów świadomie używać, to klocki w tej budowli będą zunifikowane. I nie będzie jak zrobić łuku, kolumny, ozdobić ornamentem gzyms…

    ps. na stronach MW / warsztaty kulinarne, mamy do czynienia właśnie z bardzo ciekawym odczarowywaniem małż i perliczek – na warsztat poszły pierogi, risotto i co tam jeszcze…

  • @e46e4b9d400b4a1b99ee0015584b2677:disqus – takie zagrożenie moim zdaniem o tyle nie istnieje, że ciekawość ludzka nie pozwoli spocząć człowiekowi na etapie znalezienia chianti, które mu pasuje. kupi kilka innych, będzie testował dalej. w swojej naiwności tak myślę. taką mam nadzieję.

    chętnie zobaczyłbym w akcji sommeliera na poziomie, który podjął się tematu: „Łączymy wina do tego, co jedzą Polacy”. byłoby ciekawie:)