Nie znam nikogo, kto poproszony o wymienienie dziesięciu krajów winiarskich wskazałby na Tajlandię. Ale jeśli zapytać znawców o godne polecenia butelki spoza miłościwie nam panującego tandemu Stary – Nowy Świat, wielu wskaże właśnie na wina tajskie. I nie chodzi o wina palmowe.
Tajlandia słynie z owoców. Stragany bangkockich targowisk uginają się pod ciężarem papai i ananasów, mango i owoców u nas nieznanych – mangostanów, rambutanów i cuchnących durianów. A winogrona? Cóż, czasami się trafią – przeważnie drogie i niezbyt słodkie. Dlaczego? Najwidoczniej zdecydowana większość z niemal 450 ton winogron zebranych w Tajskich winnicach w 2011 roku przerobiona została na wino.
Wymieniając ludzi odpowiedzialnych powodzenia tajskiego winiarstwa w pierwszej kolejności wymienić należy Visootha Lohitnavy’ego, założyciela jednej z pierwszych winnic w kraju i do niedawna szefa Thai Wine Association. Butelki z jego winnicy Granmonte zdobywają nagrody nie tylko w Tajlandii czy na konkursach azjatyckich, ale na przykład… w Wiedniu i Londynie. O winach jednak innym razem, dziś o tym, co najważniejsze – człowieku za winami stojącym. Visooh opowiada o początkach swojej pasji do wina (zrodzonej z pasji do szybkich samochodów), zmieniających się gustach tajskiego konsumenta i miejscu win z Tajlandii w świecie wina.
Maciej Klimowicz: Skąd pomysł, by robić wino w Tajlandii?
Visooth Lohitnavy: Ta myśl naszła mnie, gdy w latach 1960. studiowałem w Niemczech kierunek nie tyle związany z winem, co z motoryzacją. Nad piwo przedkładałem wino, piłem przeważnie białe wina znad Mozeli. Po powrocie do Tajlandii pracowałem dla dwóch brytyjskich firm motoryzacyjnych, a nawet spróbowałem swoich sił w wyścigach samochodowych. Już wtedy, w latach 1970., myślałem o założeniu winnicy, ale zrobiłem to dopiero w 1999 r.
Czy początek pańskiej winnicy to również początek winiarstwa w Tajlandii?
Nie, winoroślą i winem zajmujemy się w Tajlandii na poważnie od ok. 20 lat. Na początku wszystko odbywało się raczej na zasadzie prób i błędów, dynamiczny rozwój nastąpił w ciągu ostatnich 10 lat. Na rynku pojawili się duzi gracze, a nam udało się założyć Thai Wine Association, któremu przewodniczyłem aż do ubiegłego roku. Wprowadziliśmy kontrolę jakości tajskich win, inspekcje w winnicach itd.
A kiedy odkrył Pan potencjał doliny Asoke dla uprawy winorośli?
Już moi rodzice posiadali w tych okolicach ziemię. Jednak miejsce, w którym znajduje się winnica, kupiłem od ich przyjaciół. Szybko przekonaliśmy się, że Khao Yai to jedno z najlepszych miejsc do uprawy winorośli w Tajlandii, na co wpływ ma łagodny klimat, odpowiednia ilość słońca i niewielka odległość od morza – w linii prostej dolina leży jakieś 110 km od Zatoki Tajlandzkiej. Tutejsza gleba gliniasta też spełnia nasze oczekiwania. Nie mamy tu zbyt wiele deszczu – około 1200–1300mm rocznie.
Do którego z regionów winiarskich, które miał Pan okazję odwiedzić, najbardziej podobne jest Asoke? A może to miejsce zupełnie unikalne?
Jeśli już miałbym wybierać, postawiłbym na Sonomę w Kalifornii, ze względu na podobne jak tu gęste zalesienie.
Dla kogo robi Pan wino? Mieszkam w Tajlandii od kilku miesięcy, zdążyłem poznać przyzwyczajenia Tajów i widzę, że choć lubią oni wspólne spędzanie czasu, to w czasie spotkań towarzyskich popijają przeważnie tajską whisky.
To szybko się zmienia. Wielu ludzi, zwłaszcza mieszkańców Bangkoku i dobrze sytuowanych przedstawicieli młodego pokolenia, coraz częściej stawia na wino. Wykształceni ludzie znają też pozytywny wpływ wina na zdrowie.
Zatem Pańskie wina są przeznaczone jedynie na rynek wewnętrzny? A może marzy się Panu konkurowanie z na rynkach zagranicznych?
Skupiamy się głównie na rynku tajskim, gdyż tu mamy największe szanse na zyski. Ale niewielką część naszych win eksportujemy – na przykład na Malediwy i do Japonii. Chcemy jednak eksportować nie więcej niż 20% naszych win.
Czym różni się produkcji wina w Tajlandii od produkcji wina w innych zakątkach świata?
Sam proces produkcji przebiega mniej więcej tak samo. Inaczej wygląda jednak uprawa winorośli. O to jednak lepiej zapytać moją córkę, która przejęła po mnie obowiązki winemakera w Khao Yai.
No właśnie, to córka od kilku lat odpowiada za wina powstające w tej winnicy. A czy Pan ma jeszcze jakiś wpływ na ich charakter?
Oczywiście, że tak. Choć prawdę mówiąc większość decyzji stricte winiarskich podejmuje już Nikki. Moja córka wie więcej ode mnie o winie, jest w końcu dyplomowanym enologiem, a ja – samoukiem. Dlatego gdy ona zajmuje się produkcją wina, ja szukam dla niego miejsca na rynku.
Jak sklasyfikowałby Pan tajskie wina? Czy mieszczą się one w kategorii win tropikalnych?
Oczywiście. Choć nasze doświadczenie, kontakty z europejskimi winnicami oraz wykształcenie Niki, jakim nie może poszczycić się nikt inny w Tajlandii, sprawiają, że nasze wina są lepsze niż średniej klasy wino tropikalne.
Postrzega pan Granmonte jako lidera tej kategorii win?
Przez ostatnich siedem lat przewodniczyłem Thai Wine Association, pracowałem dla dobra całego sektora winiarskiego w Tajlandii. Teraz nie chcę już niczemu przewodzić, chcę zająć się własną winnicą. Czasami trzeba być w życiu samolubnym.
Już wkrótce opublikujemy wywiad Macieja Klimowicza z Nikki Lohitnavy, córką Visooha i winemakerką w winnicy Granmonte.